Czy macie już mnie i mojego marudzenia i niezdecydowania dość?
Bo chciałam Wam coś jeszcze napisać, ale się boję.
No to napiszę.

Dziś dostałam kolejność od rzeszowskiego lekarza. No nie znam gościa, ale go kocham.
Napisał mi, że jego zdaniem, jeśli przypadek kliniczny na to pozwala, zawsze z laparoskopią warto spróbować. Ciąć zawsze można i dla niego to jest ostateczność.
Zaproponował mi, bym mu wysłała zdjęcia swoich "klejnotów", a on mi da znać, czy warto w ogóle do laparo podchodzić i jak tak, to mogę to na NFZ zrobić u nich.
Wiadomość odczytałam około godz. 16 - tej. Chwyciłam moje zdjęcia, od dwóch różnych lekarzy i zaczęłam biegać z nimi i aparatem i cykać fotki. Ten papier z usg jakiś połyskliwy i śliski, nic mi nie wychodziło, a latałam z tym wszystkim po pokojach, po ogrodzie, próbowałam w rożnym oświetleniu, z lampą błyskowa i bez. I nic, lipa. Przypomniało mi się, że kiedyś mieliśmy skaner. Odkopałam go, odkurzyłam. Nie ma kabla. Mąż w pracy, syn na maturze, auta pozabierali. Mąż kazał czekać, aż wróci z pracy po 18 - tej i coś wymyślimy. Ja już na pupie nie mogłam usiedzieć. Dzwonię do punktu, gdzie wykonują skany, otwarte mają do 18 - tej. A tu już wybiła 16.45. Nic, wkładam kiecę i klecę te 5 km.

Zdążyłam, pan bierze zdjęcia, ja proszę, by mi na płytę nagrał, a on mi gratulacje składa z okazji najcudowniejszego momentu w życiu - myślał, że to fotki ciążowe.

No cóż, gratulacje z powagą i wdzięcznością przyjęłam. W końcu czeka mnie może i cesarskie cięcie, coś tam mi wyjmą, więc niechaj mu będzie.

No i mam foty, piękne i wyraźne, już posłałam i czekam, czekam. Nie wiem już na co, bo mam mętlik w głowie.
