Słuchajcie dziewczyny. Piszę, żeby ciągłość zdarzeń była zachowana.

Jakiś czas temu dowiadywałam się na temat termoablacji mięśnieków, ale nie kwalifikowałam się, bo zabieg przeprowadzano tylko u kobiet, które do tej pory nie rodziły.
W ostatnim czasie troszkę zmian zaszło, zmienili kryteria. Pisała o tym chyba
konwalia.Zabiegi przeprowadzają u kobiet do 43 roku życia, nie można mieć więcej niż 2 mięśniaki, nie mogą one przekraczać 12 cm.
Po zmianie kwalifikacji dzwoniłam, jakieś 3 - 4 tyg. temu. Wstępnie pani stwierdziła, że się kwalifikuję, ale okres oczekiwania wynosi około 9 - 12 m-cy.
Dziś, przed chwilą, więc relacje są gorące

- dzwoniła do mnie Pani z rejestracji. Zadała podstawowe pytania i stwierdziła, że może mnie umówić na wizytę konsultacyjną.
Byłby to koniec czerwca lub lipiec. A ja za 2 tygodnie mam termin operacji.

Udało mi się wcisnąć na wizytę na 11 maja, ale....
Mam mętlik w głowie. 11 maja wizyta, jeśli przy samej rozmowie z różnych powodów nie odpadnę (ponoć nadciśnienie tętnicze może ale nie musi być powodem dyskwalifikacji),
jestem kierowana na rezonans magnetyczny następnego dnia. Czyli w razie co (tak już kombinowałam) na 13 maja do szpitala zdążę - prosto z pociągu.

Ale 12 maja jest tylko rezonans, wyniki i ostateczna decyzja po miesiącu. I co, znowu rezygnować z terminu? A jak się nie przejdę kwalifikacji. Może tak być że po rezonansie okaże się, że mięśniaków jest więcej niż 2. Różne rzeczy mogą się zdarzyć
Trochę chaotycznie piszę, ale uwierzcie mi, że mam mętlik w głowie i nawet już zła jestem ,że zadzwonili, bo zbili mnie z tropu. Do tego zaraz matury....

Buuu. Co Wy kochane na to wszystko?