Oj Hopiś, wywołałaś mnie do tablicy.

Dziewczyny, nawet nie wiecie, jak się ciesze, że tu jestem. Nie znamy się osobiście, a czuję się u Was, jak w domu i wiem, że rozumiecie, jak długo mnie nie ma.
Jestem Wam wszystkimi i z każdej z osobna wdzięczna. Nie ukrywam, że zaglądam codziennie, czytam na bieżąco, ale jakoś weny do pisania brak.

Ostatnimi czasy w okół mnie same kłopoty zdrowotne, może nie tyle w rodzinie, ale w bardzo bliskiej okolicy. Mojej bardzo bliskiej koleżanki z pracy mama, lat 64 w pierwszy dzień świąt grudniowych złapała przeziębienie......dziś Jej nie ma z nami. Dwa miesiące, guz płuca. Przyjaciółki teść w między czasie - guz płuca... i tak mogę wymieniać.
Melduję, że jutro mam urlop i idę do szpitala po termin, nie dam się nastraszyć brakiem trzeciego szczepienia.

Idę też na pobranie krwi, badanie moczu, bo ostatnio coś w okolicy nerek mi dolega, boli i dokucza. Noga boli do kolana, nie wiadomo o co chodzi. Lekarka moja twierdzi, że badania zrobić mogę, ale powinnam zrobić porządek z babskimi sprawami, bo i od tego mogą być te bóle, ale równie dobrze może być od nerek, jak i kręgosłupa...
Trzeba po kolei wykluczać.
Byłam u mojego gina po kolejne skierowanie, mówię mu, jak było, że skierowanie nie do odzyskania, zagubione, on do mnie z kpiną, że w szpitalu nic nie ginie (on tam też pracuje) i z kpiną wręczył skierowanie na operację informując mnie, że jest z datą październikową, jak poprzednie i on nie wie, co ubezpieczyciel na to.... Poczułam się, jak 'wyłudzacz' i 'kombinator'. Dodał też, że na własną odpowiedzialność czekam tyle i hoduję mięsaka.... Nie omieszkałam mu zaznaczyć, że gdyby nie jego koledzy po fachu i ich straszenie, dawno była bym po wszystkim. Poza tym chyba zapomniał, że jak byłam w październiku jedną z propozycji było czekanie jeszcze przez pół roku i kolejne badanie... Szkoda słów.
Tak więc, by nie myśleć, od tygodnia szoruję okna, myję kwiaty i przesadzam by o wszystkim nie myśleć i nie zwariować.
